0

Brzydkie kaczątko

Uwielbiana baśń z pięknymi ilustracjami, niosąca przesłanie o akceptacji siebie i wewnętrznym pięknie.

⏱️34 min👶6-8🏷️#Animals

Na wsi panowało cudne lato. Łany pszenicy lśniły w słońcu złotem, a owies zielenił się łagodnie. Na łąkach stały wysokie stogi siana jak małe pagórki, a bocian o długich czerwonych nogach kroczył między nimi dumnie, klekocząc w języku, którego nauczyła go mama. Wokół pól i łąk wyrastały gęste lasy, a pośrodku boru kryło się głębokie, ciche jezioro. W całej okolicy było spokojnie i pięknie.

Niedaleko jeziora, w nasłonecznionym zakątku, stało stare gospodarstwo. Wokół niego płynęły głębokie, łagodne kanały, a przy ścianach, aż po sam brzeg wody, rosły wielkie łopiany. Ich liście były tak duże i wysokie, że małe dziecko mogłoby stanąć pod nimi i zniknąć z oczu. Było tam dziko i zielono, jakby w samym sercu lasu.

W tym przytulnym, ukrytym miejscu na gnieździe siedziała kaczka-matka. Czekała, aż jej jajka się wyklują, marząc o tym, by jak najszybciej zobaczyć swoje kaczątka. Na początku była radosna i przejęta, ale z biegiem dni poczuła zmęczenie i odrobinę samotności. Jaja kazały na siebie długo czekać, a odwiedzających miała niewielu. Inne kaczki wolały pływać w kanałach i nie chciały wspinać się po śliskich brzegach, by siedzieć z nią pod liśćmi łopianu i gawędzić. Tak więc kaczka-matka spędzała długie dni sama, czekając i czekając.

Wreszcie pewnego dnia w jednym jajku pojawiła się mała szczelina. Potem pękło następne, i wkrótce, jedno po drugim, zaczęły się otwierać. Z każdej skorupki wychodziło maleńkie kaczątko, podnosiło główkę i piszczało: „Pip, pip.” Matka odezwała się: „Kwa, kwa!”, a pisklęta, jak umiały, próbowały powtórzyć, rozglądając się na wysokie zielone liście, które je otaczały. Pozwalała im patrzeć do woli, bo wiedziała, że zieleń dobrze robi oczom.

— Jaki ten świat wielki! — dziwiły się kaczątka, oszołomione przestrzenią, jaka czekała poza skorupkami.

— Myślicie, że to cały świat? — spytała matka. — Poczekajcie, aż zobaczycie ogród. A dalej świat ciągnie się aż po pole księdza proboszcza, choć sama nigdy tak daleko nie byłam. Czy wszystkie już wyszły? — Podniosła się i zajrzała do gniazda. — Nie, nie wszystkie. Największe jajko wciąż tu jest. Ciekawe, ile to jeszcze potrwa. Już trochę się zmęczyłam — westchnęła, ale znowu usiadła i czekała.

Wtem nadreptała w odwiedziny stara kaczka. — Jak się miewasz? — zakwakała.

— Jedno jajko za nic nie chce się wykluć — odparła kaczka-matka. — Skorupa twarda jak kamień i ani drgnie. Ale spójrz na resztę! Czyż nie są to najśliczniejsze kaczątka, jakie widziałaś? Wykapany ich ojciec — choć ten wcale do mnie nie zagląda.

— Pokaż to jajko — rzekła stara kaczka. — Zdaje mi się, że to jajko perliczki. Mnie się raz tak trafiło i było z tym niemało kłopotu. Młode bały się wody. Kwakałam i gdakałam, a nic to nie pomagało. No pokaż… Tak, tak, chyba mam rację: jajko perliczki. Moja rada: zostaw je i prowadź resztę nad wodę.

— Poczekam jeszcze trochę — odparła kaczka-matka. — Tyle czekałam, dzień czy dwa nie zrobią różnicy.

— Jak tam wolisz — mruknęła stara kaczka i podreptała dalej.

Wreszcie, po kolejnych dniach czekania, największe jajko zaczęło pękać. Wypełzło z niego duże, niezdarne kaczątko. Było o wiele większe od pozostałych i wcale do nich niepodobne. Kaczka-matka wpatrywała się w nie, sama nie wiedząc, co myśleć. — Ależ z niego olbrzym — pomyślała. — Nie wygląda jak tamte. Może to rzeczywiście perliczka. Zobaczymy, gdy pójdziemy nad wodę — bo do wody wejść musi, choćby trzeba go było troszkę popchnąć.

Nazajutrz słońce zajrzało przez liście, rozsypując wszędzie migotliwe iskierki. Kaczka‑matka była bardzo dumna i szczęśliwa. Zgarnęła wszystkie kaczątka blisko siebie i rzekła: — Dziś dzień szczególny! Idziemy nad wodę. Małe człapały za nią, a ich miękkie, żółte piórka połyskiwały w słońcu. Nawet duże, szare kaczątko podreptało wraz z innymi, choć czuło się trochę nieśmiało.

Gdy doszły na skraj kanału, kaczka‑matka wskoczyła z pluskiem. — Kwa, kwa! — zawołała. Jedno po drugim kaczątka chlupnęły do wody. Na początku woda nakryła im główki, lecz wnet wynurzyły się i zaczęły żwawo przebierać łapkami. Duże, szare kaczątko też popłynęło, wcale nie gorzej od innych. Nóżki same mu pracowały, a ono sunęło po wodzie, czując się szczęśliwe i wolne.

Kaczka‑matka patrzyła na swoje dzieci z dumą. — Popatrzcie tylko! — rzekła. — Pływacie wspaniale. A ty, mój duży, pływasz tak dobrze jak reszta. Musisz więc być jednak moim własnym dzieckiem. Nie jesteś aż tak brzydki, kiedy spojrzeć na ciebie łaskawym okiem. Uśmiechnęła się do niego i wyprowadziła rodzinę z wody.

— A teraz, maluchy, pora zajrzeć na podwórze. Trzymajcie się blisko mnie i pamiętajcie, by uważać na kota. Kaczątka popędziły za matką, ich maleńkie stópki postukiwały po miękkiej ziemi. Duże, szare kaczątko szło na końcu szeregu, usilnie starając się dotrzymać kroku.

Gdy dotarły na podwórze, panował tam wielki ruch i zgiełk. Wszędzie kręciły się kaczki i kury, a dwie kacze rodziny kłóciły się zawzięcie o smakowitą głowę węgorza. Lecz kiedy spór rozgorzał na dobre, chytry kot przemknął jak strzała i porwał zdobycz. Kaczka‑matka pokręciła głową. — Tak już bywa — rzekła łagodnie. — A teraz pokażmy wszystkim, jak pięknie potraficie się zachować.

1

Poprowadziła swoje kaczątka do starej kaczki, której na nodze wiązała się jaskrawoczerwona wstążka. — To bardzo ważna kaczka — szepnęła matka. — Ukłońcie się grzecznie i powiedzcie: „Kwa!” Kaczątka zrobiły, jak kazała, szeroko rozstawiając łapki i skłaniając szyje. Duże, szare kaczątko również starało się, jak mogło.

Ale inne kaczki na podwórzu wpatrywały się w nową rodzinę. — O rety — zakwakały — znowu kaczątka! A to wielkie, dziwne na samym końcu? Tego tu nie chcemy. Jedna z kaczek podtoczyła się bliżej i dziobnęła szare kaczątko w szyję.

— Zostawcie je w spokoju — rzekła stanowczo kaczka‑matka. — Nikomu nic nie robi.

— Ale jest takie duże i inne — prychnęła druga. — Wygląda dziwacznie!

Stara kaczka z czerwoną wstążką spojrzała na szare pisklę i powiedziała: — Tamte są bardzo ładne, ale to nie. Szkoda, że nie wygląda lepiej.

Kaczka‑matka pogładziła delikatnie szyję swego dużego pisklęcia. — Może nie jest śliczny, ale jest dobry i świetnie pływa. Myślę, że wyrośnie na kogoś silnego i, na swój sposób, urodziwego.

Stara kaczka skinęła głową. — No dobrze, rozgośćcie się. A gdyby trafiła się gdzieś głowa węgorza, przynieście ją mnie.

I tak kaczątka próbowały się zadomowić, ale duże, szare kaczątko nie było szczęśliwe. Inne kaczki, a nawet kury, drwiły z niego i odganiały je. Indyk nadymał się i gonił szare kaczątko, przez co czuło się jeszcze bardziej samotne.

Biedne kaczątko pragnęło, by wyglądać jak inne. Próbowało się ukrywać, lecz gdziekolwiek się schowało, ktoś je obśmiewał. Było mu smutno i nie wiedziało, co robić. A matka trzymała się blisko, trącała je czule skrzydłem i przemawiała miękkim „kwa”, mając nadzieję, że pewnego dnia wszyscy zobaczą, jakie jest naprawdę wyjątkowe.

2

I tak mijały dni, a los dużego, szarego kaczątka wcale się nie poprawiał. Co rano starało się schodzić wszystkim z drogi, lecz kaczki i kury wciąż je dziobały i przeganiały. Nawet własne braciszki i siostrzyczki nieraz mówiły okrutne słowa, życząc, by po prostu zniknęło. Kaczka‑matka, która tak bardzo starała się je chronić, była coraz bardziej zmęczona i smutna, i czasem, gdy myślała, że jej nie słyszy, szeptała, że wolałaby, aby wcale się nie urodziło.

Małe serduszko kaczątka ciążyło jak kamień. Starało się być dzielne, lecz to trudne, gdy wszyscy zdają się być przeciwko tobie. Dziewczynka, która przynosiła ptakom jedzenie, nieraz odpychała je nogą, a kury, gdy podeszło zbyt blisko, furkotały skrzydłami i dziobały. Biedne kaczątko czuło się samotniejsze niż kiedykolwiek.

Pewnego dnia, po szczególnie ciężkim poranku, duże, szare kaczątko postanowiło, że dłużej tu nie zostanie. Przecisnęło się przez dziurę w płocie, płosząc ptaszki w żywopłocie, obok których pędziło. „Pewnie się boją, bo tak inaczej wyglądam” — pomyślało smutno. Więc biegło dalej, ile sił w zmęczonych łapkach, aż dotarło na szerokie, ciche moczary.

Było to dzikie, otwarte miejsce: wysokie trawy i chłodna, nieruchoma woda. Kaczątko znalazło miękkie posłanie wśród szuwarów i skuliło się, czując się bardzo małe i bardzo samotne. Zapadł zmrok, a nad nim zamigotały gwiazdy. Wsłuchiwało się w ciche szepty wiatru i wody i choć było mu smutno, czuło się tu odrobinę bezpieczniej, z dala od drwin i zgiełku.

3

Gdy rankiem wzeszło słońce, dzikie kaczki z moczarów dostrzegły nowego przybysza. Otoczyły je z ciekawością. — Kim jesteś? — pytały, zerkając na jego duże łapy i szare piórka.

Kaczątko grzecznie skłoniło głowę, tak jak nauczyła je matka, ale nie wiedziało, co powiedzieć. Dzikie kaczki obejrzały je od stóp do głów. — Nie jesteś zbyt urodziwe — rzekły — ale póki nam nie będziesz zawadzać, możesz zostać.

Kaczątko było wdzięczne. Nie chciało nikomu przeszkadzać — pragnęło tylko cichego kąta do odpoczynku i odrobiny wody do picia. Zostało wśród szuwarów, patrząc, jak dzikie kaczki latają i pływają, i starało się nikomu nie wchodzić w drogę.

Po dwóch dniach podreptały do niego dwie młode dzikie gęsi. Były tylko trochę starsze od kaczątka, pełne werwy i ciekawości. — Hej, ty! — zawołała jedna. — Wyglądasz inaczej, ale my cię lubimy. Pójdziesz z nami? Niedaleko są inne moczary, z mnóstwem dzikich gęsi. Może znajdziesz tam przyjaciela!

Zanim kaczątko zdołało odpowiedzieć, przez moczary poniosło się gromkie: — PIF! PAF! PIF! PAF! — a w powietrzu huknęły kolejne strzały. Stada dzikich ptaków z wrzawą poderwały się do lotu. Kaczątko przywarło do ziemi, drżąc, gdy dobiegły je krzyki i szczekanie psów.

Nagle z szuwarów wypadł wielki, straszny pies. Paszczę miał rozdziawioną, a oczy błyszczały dziko. Kaczątko zacisnęło powieki, modląc się, by pies go nie dostrzegł. Pies obwąchał wszystko dookoła, potem spojrzał prosto na kaczątko. Przez chwilę było pewne, że zostanie ugryzione. Lecz pies tylko się odwrócił i z pluskiem wskoczył do wody, zostawiając je w spokoju.

Kaczątko wypuściło z piersi drżące westchnienie. „Może to dlatego, że tak inaczej wyglądam — pomyślało. — Nawet pies mnie nie chce.” Leżało bez ruchu, wsłuchane w odgłosy myśliwych i psów, aż wreszcie wszystko znów ucichło.

4

Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, kaczątko wychyliło się ze swej kryjówki. Na moczarach znów było pusto i cicho, lecz kaczątko bało się zostać. Pospieszyło więc dalej, pędząc przez pola i łąki. Wiatr się wzmagał, a niebo ciemniało od chmur. Burza utrudniała każdy krok, ale kaczątko wciąż szło naprzód, mając nadzieję, że znajdzie bezpieczne miejsce, gdzie mogłoby odpocząć i może, choć odrobinę, poczuć się u siebie.

Wreszcie, po bardzo długiej wędrówce przez wiatr i deszcz, zmęczone kaczątko dotarło do małej chatki na skraju pola. Chatka była stara i chwiejna, jakby nie mogła się zdecydować, w którą stronę się przechylić, lecz była jedynym schronieniem w zasięgu wzroku. Burza hulała w najlepsze, a kaczątko było zmarznięte i przemoczone. Podreptało do drzwi i zobaczyło, że nie są domknięte — jeden zawias był urwany, przez co u dołu została mała szparka. Kaczątko przecisnęło się przez nią najciszej, jak potrafiło, i znalazło się w środku, wreszcie osłonięte od dzikiego wiatru.

5

W środku chatki było ciepło i przytulnie. W palenisku łagodnie trzaskał ogień, a w powietrzu unosił się miły, ciepły zapach pieca. Chatka należała do starej kobiety, która mieszkała tam z dwojgiem ulubieńców: puszystym kotem i tłuściutką kurką. Kota kobieta nazywała „mój syneczek”; lubił zwijać się w kłębek przy ogniu i mruczeć, zwłaszcza kiedy głaskała go po grzbiecie. Kurka, ochrzczona „Kurką Krótkonóżką” z powodu maleńkich nóżek, była niezwykle dumna ze swoich jajek i gdakała wesoło za każdym razem, gdy staruszka ją chwaliła.

Tej nocy kaczątko zwinęło się w cichym kąciku i nasłuchiwało łagodnych odgłosów chatki. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczuło się bezpieczne i wkrótce zapadło w sen.

Rankiem kot i kurka odkryli nowego gościa. Kot wygiął grzbiet w łuk i zamruczał, a kurka nastroszyła piórka i zaskoczona zagdakła. Stara kobieta, której wzrok nie był już najlepszy, przyjrzała się kaczątku i uznała, że to pewnie zabłąkana kaczka z pobliskiego gospodarstwa. — Co za szczęśliwe znalezisko! — ucieszyła się. — Może i ta kaczka będzie mi znosić jajka. Postanowiła więc, że kaczątko zostanie, a zobaczy się, co z tego wyniknie.

6

Mijały dni, a kaczątko starało się być pomocne i grzeczne. Lecz kot i kurka były bardzo pewne swego. Kot uważał się za najbystrzejsze stworzenie na świecie, bo umiał mruczeć i sypać iskrami, gdy kto pogłaskał go pod włos. Kurka była dumna z jajek i wierzyła, że znoszenie jaj to najważniejsza rzecz, jaką ktokolwiek może robić. Oboje lubili powtarzać: „my i świat”, jakby byli najlepszymi i najmądrzejszymi stworzeniami pod słońcem.

7

Kaczątko słuchało cicho, ale czasem zastanawiało się, czy nie ma i innych sposobów, by być mądrym albo wyjątkowym. Kura nie chciała o tym słyszeć. — Umiesz znosić jajka? — pytała. — Nie? To nie zabieraj głosu. Kot dodawał: — Umiesz mruczeć albo sypać iskrami? Nie? To nie miej zdania, kiedy rozmawiają dorośli.

Kaczątko znów poczuło się małe i smutne. Siadywało w swoim kąciku, pragnąc do kogoś należeć. Lecz gdy słońce zaglądało przez uchylone drzwi i powiew niósł zapach świeżego powietrza, przypominało sobie, jak cudownie było pływać i nurkować w chłodnej wodzie. Nie mogło się powstrzymać i westchnęło: — Och, jakże chciałoby się znów popływać i poczuć wodę zamykającą się nad głową.

— Co za głupstwo! — zagdakała kurka. — Gdybyś znosiło jajka albo umiało mruczeć, nie miałobyś w głowie takich bzdur. — Pływanie nie jest dla rozsądnych zwierząt, takich jak my — przytaknął kot. — Po co komukolwiek się moczyć?

Kaczątko próbowało tłumaczyć, ale tamci tylko kręcili głowami. — Powinno ci wystarczyć, że masz ciepły kąt — powiedziała kurka. — Spróbuj nauczyć się znosić jajka albo mruczeć, tak jak my.

Kaczątko wiedziało, że go nie rozumieją. Czuło się bardziej samotne niż kiedykolwiek, nawet w tej przytulnej chatce. W końcu postanowiło: — Chyba muszę znów pójść w świat. — Tak, idź — zagdakała tylko kurka.

I tak, ze ściśniętym serduszkiem, kaczątko wyślizgnęło się z chatki z powrotem w szeroki świat. Niedługo potem znalazło staw, w którym mogło pływać i nurkować, tak jak kochało najbardziej. Lecz inne zwierzęta wciąż trzymały się od niego z daleka, bo wyglądało inaczej. Mimo to kaczątku było odrobinę lżej na duszy, gdy sunęło po wodzie, marząc, że pewnego dnia odnajdzie miejsce, gdzie naprawdę będzie u siebie.

Nadeszła jesień i świat wokół małego kaczątka zaczął się zmieniać. Liście na drzewach przybrały żywe pomarańcze i złota, wirując z gałęzi przy każdym podmuchu wiatru. Powietrze zrobiło się przenikliwie chłodne, a niebo nierzadko zasnuwały ciężkie, szare chmury, gotowe sypnąć gradem albo płatkami śniegu. Trzciny nad stawem szeleściły na zimnym wietrze, a między nimi stanął wielki, czarny kruk i krakał: — Kra, kra! — akurat gdy kaczątko zadrżało i wsunęło główkę pod skrzydło, by się ogrzać. Był to samotny czas dla małego kaczątka i tęskniło za przytulną chatką, choć i tam przecież nie czuło się naprawdę u siebie.

8

Pewnego wieczoru, gdy słońce chyliło się ku zachodowi i malowało chmury różem i złotem, stało się coś czarodziejskiego. Z zarośli wysunęło się stado najpiękniejszych ptaków, jakie kaczątko kiedykolwiek widziało. Były to łabędzie, o długich, smukłych szyjach i piórach białych jak śnieg. Ich skrzydła lśniły w złocistym blasku, a nawoływania brzmiały jak muzyka. Uniosły skrzydła i wzbiły się wysoko w niebo, lecąc ku cieplejszym stronom, daleko, daleko za morza.

Kaczątko patrzyło na nie szeroko otwartymi oczami, a serduszko biło mu jak oszalałe. Zakręciło się w wodzie, wyciągnęło szyję ku odlatującym i wyrwał mu się okrzyk, który zaskoczył je samo. Nie wiedziało czemu, ale poczuło głęboką tęsknotę, jakby pragnęło pognać za nimi i być wśród nich. Nie chciało być tak piękne jak łabędzie — chciało tylko gdzieś przynależeć, być kochane i bezpieczne.

Wkrótce jednak łabędzie zniknęły, a znów zawiał zimny wiatr. Dnie stawały się coraz krótsze i cichcem zakradała się zima. Staw, w którym pływało kaczątko, zaczął chwytać lód, a każdej nocy skrawek wolnej wody robił się mniejszy i mniejszy. Kaczątko wiosłowało ile sił, by lód się nie domknął, ale słabło z wyczerpania. Pewnego ranka nie mogło już się poruszyć — lód je uwięził i leżało nieruchome, bezradne.

Właśnie wtedy przechodził dobry gospodarz. Zobaczył kaczątko zamarznięte w lodzie i ostrożnie rozbił go drewnianym chodakiem. Podniósł drżące z zimna maleństwo i zaniósł do swojej ciepłej kuchni. Gospodyni owinęła je miękką ściereczką i wkrótce znów poczuło ciepło. Lecz kiedy do zabawy przybiegły dzieci, kaczątko się spłoszyło. Zatrzepotało skrzydełkami — chlup! — w misę z mlekiem, a potem — frr! — do dzieży z mąką, robiąc niemały rozgardiasz! Dzieci śmiały się w głos, a hałas i rwetes straszyły je jeszcze bardziej. Wymknęło się więc przez otwarte drzwi i popędziło z powrotem w zimny, zaśnieżony świat.

Zima była dla kaczątka długa i sroga. Musiało kryć się przed wiatrem i szukać maleńkich okruszyn. Czasem czuło się bardzo samotne i zmęczone, ale nigdy nie porzuciło nadziei. Wreszcie, po wielu mroźnych nocach, słońce znów zaczęło grzać. Śnieg stopniał, a z ziemi wychyliły się pierwsze zielone kiełki. Ptaki zaśpiewały w gałęziach, a świat wypełnił się słodkim zapachem wiosny.

Pewnego jasnego ranka kaczątko trafiło do ślicznego ogrodu. Jabłonie były całe w różowych i białych kwiatach, a trawa miękka i soczyście zielona. Strumień iskrzył się w słońcu, a powietrze brzmiało łagodnym ptasim śpiewem. Spoza krzewu na wodę wpłynęły trzy prześliczne, białe łabędzie, a ich pióra połyskiwały w porannym świetle. Kaczątko patrzyło na nie z zachwytem i nadzieją w serduszku, zastanawiając się, czy wreszcie znajdzie miejsce, gdzie naprawdę będzie u siebie.

Patrzyło, jak trzy piękne łabędzie suną po lśniącym strumyku. Serduszko łomotało mu naraz z nadziei i trwogi. Bardzo pragnęło być blisko nich, ale pamiętało wszystkie razy, kiedy je przeganiano i wyzywano od brzydkich. A jednak coś w środku szeptało: „No już, odwagi.” Więc, biorąc głęboki oddech, weszło w chłodną wodę i popłynęło ku łabędziom.

9

Im było bliżej, tym mocniej myślało: „Są tak dostojne i piękne. Jeśli do nich dopłynę, może mnie tu nie zechcą. Może mnie przepędzą, a nawet skrzywdzą. Lecz i to lepsze niż wciąż być dziobanym, popychanym i zostawionym samemu sobie.” Choć się bało, płynęło dalej, trzymając głowę nisko.

Ale łabędzie go nie przegoniły. Przeciwnie — gdy zobaczyły, jak nadpływa, rozpostarły skrzydła i sunęły ku niemu z łagodnym, przyjaznym spojrzeniem. Kaczątko poczuło się tak zawstydzone i przejęte, że pochyliło głowę ku tafli wody, czekając, aż stanie się coś złego.

I wtedy, w przejrzystym, lśniącym strumyku, ujrzało własne odbicie. Zamrugało i spojrzało raz jeszcze. Gdzie podziało się to rozczochrane, szare kaczątko, które dotąd widywało? Teraz w wodzie patrzył na nie kształtny ptak o śnieżnobiałych piórach, z długą, smukłą szyją i jasnymi, dobrymi oczami. Nie było wcale kaczątkiem — było pięknym łabędziem!

Kaczątko ledwo mogło w to uwierzyć. Wyciągnęło skrzydła — były mocne i białe, takie jak u tamtych łabędzi. Wygięło szyję i poczuło, jak miękki wietrzyk muska pióra. Trzy łabędzie opłynęły je wkoło, witając łagodnym dotknięciem dziobów, jakby mówiły: „Witaj! Jesteś jednym z nas.”

Wtem do ogrodu przybiegły dzieci. Roześmiały się i zaklaskały na widok łabędzi na wodzie. Jedno z najmłodszych wskazało paluszkiem i zawołało z zachwytem: „Patrzcie! Nowy łabędź! Jaki śliczny!” Reszta dzieci zakrzyknęła radośnie i rzucała do strumyka okruszki chleba i kawałeczki ciasta dla łabędzi.

10

Kaczątko — które było już teraz łabędziem — zawstydziło się, gdy usłyszało, że nazywają je pięknym. Schowało głowę pod skrzydło, nie bardzo wiedząc, co począć z całym tym szczęściem. Przypomniało sobie dni, kiedy je goniono i wyśmiewano, i zrobiło mu się trochę nieśmiało. Lecz inne łabędzie skłoniły przed nim szyje, a dzieci tańczyły i śmiały się z uciechy.

Nawet stare drzewo nad wodą pochyliło gałęzie, jakby i ono chciało powitać nowego łabędzia. Słońce grzało ciepło i jasno, a woda dokoła mieniła się blaskiem. Mały łabędź nastroszył piórka i wygiął szyję, czując radość tak wielką, że aż trudno było mu w nią uwierzyć.

Pomyślał: „Nigdy nie śniło mi się, że mogę być tak szczęśliwy. Kiedyś byłem samotnym, brzydkim kaczątkiem, a teraz jestem kochany i przyjęty. Jestem łabędziem, takim jak oni.”

I tak, w cichym ogrodzie, przy słońcu i ptasim śpiewie, mały łabędź odnalazł wreszcie swoją rodzinę. Nigdy już nie był samotny, bo znalazł miejsce, do którego naprawdę należy. A każdej wiosny, gdy jabłonie okrywały się kwieciem, a trawa stawała się miękka i soczyście zielona, wspominał, jak to nadzieja i dobroć zaprowadziły go do domu.

A kiedy nad cichym stawem zamigotały gwiazdy, mały łabędź schował głowę pod skrzydło, bezpieczny i ogrzany, i odpłynął w sen, śniąc najsłodsze sny w swoim pięknym, nowym domu.