1

Mały piernikowy ludzik

Klasyczna baśń z morałem o chełpliwym Piernikowym Ludziku, który próbuje prześcignąć wszystkich.

⏱️17 min👶3-5🏷️#Classic

Dawno, dawno temu, w przytulnym domku, miła kucharka postanowiła przygotować w swojej ciepłej kuchni coś wyjątkowego. Nasypała mąki i nalała wody, dodała melasy i imbiru, a wszystko wymieszała w wielkiej misie. Dolała jeszcze odrobinę wody, żeby masa była gładka, potem dosypała mąki, by była w sam raz. Szczypta soli, szczypta korzeni, i mieszała tak długo, aż ciasto stało się miękkie i złociste.

Rozwałkowała je równo i gładko. Z kwadratowych foremek wycinała kwadratowe ciastka dla chłopców, a z okrągłych – okrągłe dla dziewczynek. Uśmiechnęła się i rzekła: „Upiekę małego piernikowego ludzika dla Bobby’ego.” Wzięła ładny, okrągły kawałek ciasta na brzuszek, mniejszy na głowę i delikatnie uformowała szyjkę. Dwa kolejne kawałki stały się nogami, które starannie wydłużyła, dbając, by miał stópki, a nawet maleńkie paluszki. Dwa mniejsze kawałki zamieniła w ręce z dłońmi i palcami.

Najwięcej troski włożyła w jego głowę. Na czubku zrobiła mu kędzierzawą, cukrową czapeczkę, po bokach doczepiła dwoje maleńkich uszu. Ulepiła też mały nosek, a na usta wcisnęła wielką, pulchną rodzynkę. Na oczy wzięła dwa lśniące, przyrumienione migdały, a jako źrenice – tyciutkie ziarenka kminku, żeby spojrzenie było bystre i pogodne.

Kiedy piernikowy ludzik był gotów, wyglądał tak wesoło i sprytnie, że kucharka aż pomyślała, czy nie będzie z niego psotnik. Poukładała więc kwadratowe i okrągłe ciastka na blasze, a piernikowego ludzika wsunęła w najdalszy kącik pieca, gdyby przyszło mu do głowy uciekać.

Włożywszy wszystko do pieca, poszła na górę zamiatać salonik. Zamiata i zamiata, aż zegar wybił południe. Nagle przypomniała sobie o piernikach! „Oj, biada, spalą się na wiór!” – zawołała, porzuciła miotłę i popędziła do kuchni.

Otworzyła drzwiczki pieca, a tam kwadratowe ciastka upieczone na piękny, złocistobrązowy kolor. Okrągłe też wyszły jak trzeba. A w kąciku stał piernikowy ludzik – cały rumiany, dopieczony, z migdałowymi oczami, którym blasku dodawały ziarenka kminku, i z rodzynkowymi ustami, które wyglądały na pełne psot.

Ledwie drzwiczki pieca się uchyliły, a piernikowy ludzik hop, skok i hyc! Przeskoczył nad kwadratowymi i okrągłymi ciastkami, mignął nad ramieniem kucharki, i zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, pędził już przez kuchenną podłogę, ile tylko jego małe nóżki mogły. Tylne drzwi stały otworem, a ścieżka ogrodowa lśniła w słońcu.

Kucharka odwróciła się jak mogła najszybciej, ale była trochę ociężała – zaskoczona i niezbyt chyża. W poprzek progu, śpiąc sobie w słońcu, leżała kotka Mruczka.

„Mruczka, Mruczka!” – zawołała kucharka. „Zatrzymaj piernikowego ludzika! Chcę go dla małego Bobby’ego!” Z początku Mruczce zdawało się, że to sen, i tylko przewróciła się na drugi bok. Kucharka krzyknęła znów: „Mruczka, Mruczka!” Tym razem kotka zerwała się na łapy, ale gdy dopiero obracała się, by zobaczyć, co się dzieje, piernikowy ludzik przemknął prosto pod jej ogonem i pognał ścieżką do ogrodu.

2

Mruczka zakręciła się i rzuciła w pogoń, choć była jeszcze nieco zaspana i nie bardzo wiedziała, za czym biegnie. Kucharka także pobiegła, ile sił w nogach.

Piernikowy ludzik pruł w dół ogrodu, jego nóżki przebierały co tchu. Wołał: „Biegnijcie, biegnijcie, co sił wam starczy! Nie złapiecie mnie — ja Piernikowy Ludzik!” Kotka Mruczka ścigała go, a za nią pędziła kucharka, lecz piernikowy ludzik był od wszystkich szybszy.

Na końcu ścieżki, przy nagrzanych kamieniach, wylegiwał się w słońcu pies Burek. Kucharka zawołała: „Burek, Burek, zatrzymaj piernikowego ludzika! Chcę go dla małego Bobby’ego!”

Burek wciąż drzemał w słońcu, gdy kucharka zawołała: „Burek, Burek, zatrzymaj piernikowego ludzika! Chcę go dla małego Bobby’ego!” Z początku tylko przewrócił się na drugi bok i chrapnął przeciągle, myśląc, że to wszystko mu się śni. Lecz kiedy kucharka zawołała znowu: „Burek, Burek, zatrzymaj go, zatrzymaj!” — Burek zerwał się jak oparzony i stanął na równe łapy, gotów do pomocy.

A sprytny piernikowy ludzik czatował właśnie na taką chwilę. Gdy tylko Burek się podniósł, ludzik cichutko prześlizgnął się między jego łapami i hyc! — wdrapał się na szczyt ogrodowego muru. Burek zamrugał ze zdziwienia, ale zobaczył tylko kotkę Mruczkę pędzącą w jego stronę, a za nią sapiącą kucharkę.

„Psota!” — pomyślał Burek i zaszczekał, po czym pognał za Mruczką. Biedna kotka nie zdążyła ani przystanąć, ani uskoczyć, i oboje wpadli na siebie — posypały się szczeknięcia, miauki i plątanina łap. Narobiło to tyle hałasu i zamieszania, jakby nagle zakręcił się cały pęk wirujących fajerwerków!

Kucharka biegła, ile sił, i też nie zdążyła wyhamować. Potknęła się i walnęła prosto na psa i kotkę, a cała trójka sturlała się w jeden wielki, wesoły kłąb. Mruczka próbowała wydrapać sobie drogę na wolność, Burek wywijał się, jak mógł, a kucharka chichotała i usiłowała wszystkich rozplątać.

Tymczasem piernikowy ludzik stał wysoko na murze, rączki trzymał w kieszonkach i patrzył na ten śmieszny obrazek w dole. Ziarenka kminku w jego oczach błyszczały śmiechem, a rodzynkowe usta aż podskakiwały od chichotu. „Biegnijcie, biegnijcie, co sił wam starczy! Nie złapiecie mnie — ja Piernikowy Ludzik!” — zawołał dumnie.

Po chwili Mruczce udało się wymknąć; zmierzwiona i znużona uznała, że na dziś ma dość pościgów, i cichutko wymaszerowała do kuchni na drzemkę. Burek, który miał podrapany nos, wreszcie odplątał się od spódnicy kucharki i podniósł wzrok — akurat, by dojrzeć ludzika na murze! Zaszczekał i pognał ku murowi, a kucharka, choć sukienkę miała podartą, a twarz podrapaną, podniosła się i ruszyła za nim, nie zamierzając się poddać.

Piernikowy ludzik zobaczył pędzącego Burka i żwawo zeskoczył po drugiej stronie muru, miękko lądując w zielonej trawie. Przemknął przez pole, machając nóżkami, co tchu. Na środku stało wysokie drzewo, a pod nim siedział Dżoko — małpka, już całkiem rozbudzona i bardzo ciekawska.

„Dżoko, Dżoko, zatrzymaj piernikowego ludzika!” — zawołała kucharka. Dżoko dał tak wielkiego susa, że przeleciał prosto nad ludzikem i z niespodziewanym chlup! wylądował na grzbiecie Burka. Burek zapiszczał i odwrócił się, dając Dżokowemu ogonowi małego prztyczka zębami. Dżoko zaklekotał, zeskoczył, potrząsnął ogonem i wyglądał na nie lada zucha — i nie lada zły.

Piernikowy ludzik zachichotał i popędził do drzewa. „Wiem, że pies nie wejdzie na drzewo, a kucharka też raczej nie — ale co z małpką, tego nie jestem pewien!” — mruknął do siebie. I już, ręka za ręką, wdrapał się aż na sam czubek, na najwyższą gałąź.

Ale Dżoko też był chyży i sprytny. Jednym sprężystym skokiem dopadł najniższej gałęzi i migiem popędził w górę za ludzikiem. Piernikowy ludzik spojrzał w dół i zawołał: „Biegnijcie, biegnijcie, co sił wam starczy! Nie złapiecie mnie — ja Piernikowy Ludzik!” Tak był pewny siebie, że nie zauważył, jak blisko jest już Dżoko.

W okamgnieniu małpka wspięła się niemal na sam szczyt, tuż za nim. Piernikowy ludzik zobaczył Dżoka i uskoczył na sam czubek gałęzi, ściskając ją mocno małymi piernikowymi paluszkami. Zawisł, trzymając się jedną rączką, a jego migdałowe oczy z kminkowymi ziarenkami rozszerzyły się z niepokoju.

Dżoko, sprytna małpka, zawisł pod gałęzią i wyciągnął swoją długą, zręczną łapkę. Zanim Piernikowy Ludzik zdążył choć pisnąć: „Biegnijcie, biegnijcie, co sił wam starczy!” — Dżoko już go capnął i trzymał wysoko w powietrzu. Spojrzał na ludzika wielkimi, ciekawskimi oczami — a może, a może i brzuszek trochę mu zaburczał.

Rodzynkowe usta ludzika zaczęły drżeć, a oczy z ziarenkami kminku napełniły się drobnymi, cukrowymi łezkami. Tak pewny był, że wszystkich prześcignie, a teraz już nie był tego taki pewien. Żałował, że aż tak się przechwalał.

I wtedy stało się coś wspaniałego. Mały Bobby, który drzemał na górze, nagle się zbudził. Wydawało mu się, że ktoś woła w jego śnie: „Bobby, Bobby!” Przetarł zaspane oczy i wyskoczył z łóżka, nawet nie zatrzymując się, by włożyć buciki. Zbiegł po schodach, a jego gołe stópki cichutko zastukały, i wyjrzał przez okno. A tam, na polu za ogrodem, zobaczył kucharkę, Burka i Dżoka, wszystkich zgromadzonych pod wielkim drzewem.

Serce Bobby’ego aż podskoczyło z radości. Wybiegł na dwór, przemknął przez ciepłą, żwirową ścieżkę i hop! — gramoli się przez ogrodowy mur. Po chwili stał już pod drzewem i patrzył w górę na Dżoka i Piernikowego Ludzika.

„Upuść go, Dżoko!” — zawołał Bobby dźwięcznym, czystym głosem. A że Dżoko zawsze słuchał Bobby’ego, od razu wypuścił ludzika z łapki. Piernikowy Ludzik runął w dół, w dół, w dół — pac! — i mięciutko wylądował w czekającym fartuszku Bobby’ego.

Bobby podniósł Piernikowego Ludzika i przyjrzał mu się z bliska. Małe rodzynkowe usteczka wygięły się w smutną podkówkę, a w oczach z ziarenkami kminku zalśniły cukrowe łezki. Ale Bobby był po drzemce bardzo głodny i nie mógł się powstrzymać. Odgryzł duży, choć ostrożny kęs — mniam! — i zjadł obie nóżki oraz kawałek brzuszka ludzika.

„Och!” — zawołał Piernikowy Ludzik. — „Już jedna trzecia mnie nie ma!”

Bobby wziął kolejny kęs — chrup! — i zjadł resztę brzuszka oraz obie rączki.

3

„Och!” — zawołał Piernikowy Ludzik. — „Już dwie trzecie mnie nie ma!”

Wreszcie Bobby wziął ostatni, maleńki kęs — skub! — i zjadł główkę Piernikowego Ludzika.

„Och!” — wyszeptał Piernikowy Ludzik. — „Już całego mnie nie ma!”

I tak zakończyła się przygoda Piernikowego Ludzika. Biegł, ile sił, pysznił się i przechwalał, lecz w końcu to właśnie zbytnia pewność siebie zaprowadziła go prosto w tarapaty.

A więc, gdy dziś wieczorem wtulisz się w kołderkę, pamiętaj: fajnie być sprytnym i chyżym, ale jeszcze lepiej — życzliwym i skromnym. Przechwałki i zbytnia pewność siebie potrafią czasem wpakować w klejące kłopoty — nawet takiego piernikowego ludzika z oczkami z ziarenek kminku i rodzynkowym uśmiechem.

4