Dawno, dawno temu, w spokojnym i pięknym królestwie żyli sobie Król i Królowa, którzy bardzo się kochali. Król był młody, dobry i przystojny, a Królowa łagodna i cnotliwa, z uśmiechem, który rozjaśniał każdą komnatę. Poddani ich uwielbiali, a w całej krainie panowały radość i zgoda. A jednak brakowało im jednego, co ściskało im serca bólem — nie mieli dziecka, z którym mogliby dzielić swą miłość.
Król i Królowa pragnęli dziecka ponad wszystko na świecie. Modlili się i prosili gwiazdy o spełnienie życzenia, jeździli do mędrców po radę. Lecz przez długi czas życzenie nie chciało się spełnić, a Królowa nieraz czuła się bardzo smutna i samotna.
Aż pewnego jasnego poranka wszystko się odmieniło. Królowa powiła prześliczną córeczkę, a radość Króla i Królowej nie miała granic. Wieść lotem błyskawicy obiegła całe królestwo. Dzwony na wieżach biły radośnie, chorągwie łopotały na wietrze, a lud wiwatował na ulicach. Nawet nieznajomi padali sobie w objęcia, śmiejąc się i płacząc: „Nasza Królowa ma córkę! Niech żyje mała Królewna!”
Król i Królowa chcieli dla swej ukochanej córeczki imienia najpiękniejszego z pięknych. Po długich naradach postanowili nazwać ją Aurora, co znaczy Jutrzenka, bo wniosła w ich życie nowe światło i szczęście.
Aby uczcić narodziny Królewny Aurory, Król i Królowa postanowili wyprawić wspaniały chrzest. Chcieli, by było to najcudowniejsze święto, więc zaprosili wszystkie Wróżki, jakie tylko dało się odnaleźć w krainie, by zostały chrzestnymi matkami Aurory. W owych czasach był to piękny zwyczaj: Wróżki obdarzały królewskie dzieci czarodziejskimi darami — życzyły im szczęścia, dobroci i wszelkiego dobra. Po długich poszukiwaniach odnaleziono siedem Wróżek, co bardzo wszystkich ucieszyło, bo siedem to liczba szczęśliwa.
Dzień chrztu wypełniły muzyka i śmiech. Trąby grały radosne fanfary, a pałac przybrano w kwiaty i wstęgi. Po ceremonii wszyscy wrócili do Pałacu Królewskiego na wspaniałą ucztę. Dla siedmiu wróżek-chrzestnych przygotowano osobne miejsca, a przed każdą z nich stał złoty talerz, a obok złota łyżka, nóż i widelec, wszystko połyskujące diamentami i rubinami.

Gdy goście mieli już zasiadać do stołów, podwoje wielkiej sali rozwarły się powoli. Wkroczyła wysoka, wyniosła, a jednak i piękna Wróżka, budząca respekt samą swoją obecnością. Miała długie, czarne włosy, lśniące jak północne niebo, fiołkowe oczy pełne tajemnicy i ostre, uderzająco piękne rysy. Ubrana była w ciemnozieloną suknię obszytą czarną koronką, a w dłoni trzymała srebrne berło zwieńczone świecącym kryształem, który zdawał się pulsować czarodziejskim światłem.
Gdy weszła, goście zamilkli, bo nie była wśród zaproszonych. Głosem zarazem pięknym i władczym rzekła: „Jestem Wróżka Malvera. Powiedzcież, gdzie się podziały królewskie maniery, skoro nie raczono zaprosić mnie na to święto?”
Król i Królowa drgnęli ze strachu i zakłopotania. Nie chcieli nikogo pominąć, lecz Wróżka Malvera mieszkała daleko, w wysokiej, samotnej wieży głęboko w lesie. Od pięćdziesięciu lat nie opuszczała swego schronienia i wielu sądziło, że przepadła albo postanowiła żyć w ukryciu. U Wróżek nie było to rzadkością: znikały nieraz na długie lata, kryły się w wieżach albo w pradawnych drzewach, a ludzie zastanawiali się, czy to czary, czy zwykłe odejście.
Teraz jednak Wróżka Malvera stała przed nimi, a jej obecność napełniła salę dziwną, potężną mocą. Król i Królowa nie wiedzieli, co powiedzieć, a goście z niepokojem czekali, co będzie dalej.
Król, choć Wróżka Malvera przemówiła do niego ostro, był istotnie najgrzeczniejszym i najłaskawszym z ludzi. Spieszył z przeprosinami za przeoczenie, skłonił się nisko i przemówił łagodnie. Z ciepłym uśmiechem sam poprowadził Wróżkę Malverę do stołu i kazał służbie przynieść jej złoty talerz, taki sam jak dla innych Wróżek. Lecz choć się starał, jednej rzeczy nie mógł naprawić: przygotowano tylko siedem lśniących kloszy, sporządzonych specjalnie dla siedmiu zaproszonych Wróżek. Dla Malvery po prostu nie było dodatkowego klosza.
Wróżka Malvera przyjęła przeprosiny i zasiadła, lecz jej fiołkowe oczy błysnęły rozczarowaniem. Siedziała bardzo cicho i nieruchomo, ale wszyscy czuli, że nie jest zadowolona. Jedna z młodszych Wróżek, imieniem Hippolyta, dostrzegła zmarszczone brwi Malvery i usłyszała jej szept, który brzmiał jak pomruk nadciągającej burzy. Hippolyta się zaniepokoiła. Wiedziała, że czasem, gdy Wróżki czują się pominięte lub zranione, potrafią swą magią sprowadzić psoty.
Gdy tylko uczta dobiegła końca, Wróżka Hippolyta niepostrzeżenie odsunęła się od stołu i na palcach podeszła do kołyski, w której spała maleńka Aurora. Skryła się za miękkim, złotym arrasem, tak blisko, by czuwać nad Królewną i być gotową do pomocy, gdyby stało się coś złego.
Teraz nadszedł czas, by wróżki-chrzestne obdarowały Królewnę Aurorę swymi czarodziejskimi darami. Po kolei występowały naprzód, a ich suknie migotały w blasku świec. Pierwsza uśmiechnęła się i życzyła, by Aurora wyrosła na najpiękniejszą dziewczynę na świecie. Druga przyrzekła, że będzie mądra jak anioł. Trzecia życzyła jej wdzięku we wszystkim, co będzie czyniła. Czwarta ofiarowała dar doskonałego tańca, by poruszała się lekko jak motyl. Piąta życzyła, by śpiewała słodko jak słowik, a szósta przyrzekła, że pięknie zagra na wszelakich instrumentach.
Wreszcie przyszła kolej Wróżki Malvery. Podniosła się z miejsca, a jej ciemnozielona suknia zakrążyła wokół niej, i powoli podeszła do kołyski. Sala ucichła. Długie, czarne włosy Malvery lśniły, a fiołkowe oczy błyskały dziwnym, potężnym światłem. Pochyliła się nad śpiącym dzieciątkiem, a ostre rysy jej twarzy wydały się jeszcze surowsze; uniosła srebrne berło, którego świecący kryształ na końcu pulsował czarami.
„To mój dar dla ciebie, Królewno Auroro” — rzekła Malvera głosem zimnym i przejrzystym jak lód. „Pewnego dnia ukłujesz się wrzecionem w dłoń i wówczas zapadniesz w sen, z którego już się nigdy nie zbudzisz.”
Po sali przebiegł dreszcz grozy. Królowa zemdlała w ramionach Króla, a wszystkich ogarnęły strach i rozpacz. Niektórzy rycerze chcieli przegnać Malverę, lecz ona tylko stała wyprostowana i wyniosła, a jej oczy lśniły tajemniczą magią.

Wtem zza arrasu wysunęła się Wróżka Hippolyta. Odważnie podeszła do kołyski i przemówiła łagodnym, kojącym głosem: „Nie lękajcie się, drogi Królu i droga Królowo. Nie zdołam całkiem odczarować zaklęcia Malvery, ale mogę pomóc. Wasza córka istotnie ukłuje się wrzecionem, lecz nie zaśnie na wieki. Zapadnie w głęboki, łagodny sen, który potrwa przez długie, długie lata. Gdy nadejdzie właściwa pora, przybędzie dobry i kochający książę i obudzi ją dotknięciem prawdziwej miłości. Przyrzekam czuwać nad nią, a kiedy przyjdzie ów dzień, będę u jej boku.”
Król i Królowa odetchnęli nieco, choć serca wciąż mieli ciężkie. Goście szeptali między sobą, a muzyka przycichła. Wróżka Malvera, uczyniwszy swój dar, z rozmachem opuściła pałac; ciemna suknia sunęła za nią jak cień, aż zniknęła w noc.
Chrzestne uroczystości dobiegły końca w ciszy, a wszyscy z całego serca życzyli, by Królewna Aurora, cokolwiek niosłaby przyszłość i jakie czary by ją spotkały, pozostała bezpieczna i szczęśliwa.
Na zewnątrz pałacu nocne niebo rozkwitało fajerwerkami. W ogrodach i na dziedzińcach zgromadzili się wierni poddani Króla, patrząc, jak świetliste rakiety szybują w górę i pękają kaskadami barw. Największy z rozbłysków ułożył się na niebie w tęczowe litery: „Niechaj długo żyje Królewna Aurora!” Wszyscy zaklaskali i zakrzyknęli z radości, a ich serca napełniła nadzieja na szczęśliwą przyszłość małej Królewny.
Lecz w pałacu serce Króla było ciężkie. Skłonił się z balkonu i pomachał ludowi, a gdy zgasł ostatni blask fajerwerków, wymknął się wraz ze swym Szambelanem do cichego pokoju. Tam, podczas gdy echa świętowania wciąż drżały w powietrzu, Król podjął trudną decyzję. Spisał nowy edykt, pierwszy w czasie swego panowania, by uchronić córkę przed czarem Wróżki Malvery.
Obwieszczenie było surowe: nikt w królestwie nie miał prawa posługiwać się wrzecionem do przędzenia ani nawet trzymać go w domu. Ktokolwiek złamałby ten zakaz, popadnie w ciężkie tarapaty. Królewscy heroldowie przemaszerowali przez każde miasteczko i wieś, odczytując prawo donośnym głosem przy dźwięku trąb. Ludzie słuchali ze zdumieniem i niejakim niepokojem. Przędzenie było im potrzebne — matki i babki przędły najprzedniejsze płótno w całej okolicy. „Jakże będziemy prząść nasz piękny len bez wrzecion?” dziwili się. Ale kochali swego Króla i pragnęli chronić Królewnę Aurorę, więc odstawili kołowrotki i schowali wrzeciona, i przez długie lata nie słychać już było łagodnego mruczenia prządki.
Czas płynął, a Królewna Aurora dorastała w pałacu pośród miłości i śmiechu. Nigdy nie widziała wrzeciona ani nie słyszała cichego szmeru przędzenia. Król i Królowa czuwali nad nią troskliwie, a Wróżka Hippolyta często ją odwiedzała, przynosząc drobne podarki i łagodną magię na jej straży. Aurora wyrosła na dziewczynę dobrą i ciekawą świata, z uśmiechem jasnym jak słońce i sercem pełnym marzeń.

Pewnego słonecznego dnia, gdy Aurorze niewiele brakowało do szesnastej wiosny, Król i Królowa wyjechali do jednej ze swych siedzib na wsi. Pałac ucichł, a Aurora, czując w sobie zew przygody, postanowiła go zbadać. Po cichutku odsunęła się od guwernantki i powędrowała długimi, dudniącymi korytarzami, wspięła się po marmurowych schodach i zajrzała do komnat, których dotąd nie znała. W końcu natrafiła na wąskie, kręte schody prowadzące do wysokiej baszty, w której nigdy jeszcze nie była.
Im wyżej się wspinała, tym wyraźniej docierał do niej dziwny, łagodny szmer. Był cichy i tajemniczy, a ciekawość Aurory rosła z każdym krokiem. Gdy dotarła na sam szczyt, dźwięk umilkł, lecz zobaczyła uchylone drzwi i ostrożnie zajrzała do środka.
W maleńkiej, skąpanej słońcem izdebce siedziała staruszka o życzliwych oczach i srebrnych włosach, otulona wyblakłą chustą. Zajęta była czymś, czego Aurora nigdy dotąd nie widziała — wrzecionem i kądzielą. Staruszka mieszkała w baszcie od wielu lat i o królewskim prawie nie słyszała. Spokojnie przędła nić, jak czyniła to od zawsze.
Aurora weszła do komnaty i grzecznie zapytała: „Cóż czynisz, dobra niewiasto?”
Staruszka uśmiechnęła się, nie wiedząc, że rozmawia z Królewną. „Przędę, moje dziecko.”
„Przędziesz?” powtórzyła Aurora z szeroko otwartymi oczyma. „Cóż to znaczy prząść?”
Staruszka zachichotała cicho. „Przędzenie to wyrabianie nici z wełny albo lnu. Za moich czasów każda dziewczyna uczyła się prząść. To pożyteczna sztuka w dobrym gospodarstwie.”
Aurora patrzyła, jak wrzeciono wiruje, a nić staje się coraz dłuższa. „Jakie to piękne! Czy mogę spróbować?”
Staruszka skinęła głową i podała Aurorze wrzeciono. Królewna wyciągnęła dłoń, spragniona nauki, lecz gdy tylko dotknęła wrzeciona — może zbyt była przejęta, a może zadziałała magia Wróżki Malvery — ostre jak igiełka zakończenie ukłuło ją w palec.
„Och!” westchnęła Aurora, a zanim zdołała wypowiedzieć kolejne słowo, ogarnęła ją wielka senność. Powieki jej się przymknęły, a ona sama osunęła się miękko na posadzkę, zapadając w głęboki, zaczarowany sen.
Staruszka zlękła się i pobiegła ku schodom, wołając o pomoc. Lecz jej głos był cienki i słaby, a baszta leżała daleko od gwarnych części pałacu. Na dole służba grała w karty i z początku wcale jej nie usłyszała. Gdy wreszcie zwrócono na nią uwagę, wszczęła się sprzeczka, kogo posłać, bo nikt nie pamiętał, by kiedykolwiek wzywano kogoś do tej samotnej wieży. W końcu wysłano najmłodszego pazia, lecz gdy tylko ujrzał maleńką kropelkę krwi na palcu Aurory, omdlał jak długi i staruszka musiała zaczynać wołanie od nowa.

I tak, gdy pałac trwał w bezruchu i ciszy, Królewna Aurora spała dalej, a nad jej snami czuwała łagodna Wróżka Hippolyta, która przyrzekła przyjść z pomocą we właściwej chwili.
Najmłodszą kuchenną, dobrą dziewczynę, co zawsze starała się jak mogła, posłano krętymi schodami do baszty. Pędziła, ile tchu, a serce biło jej z niepokoju. Zajrzała do małej, skąpanej słońcem izdebki i aż jęknęła z przerażenia — Królewna Aurora leżała na posadzce bez ruchu, a staruszka bezradnie załamywała ręce. Kuchenna popędziła z powrotem w dół, z furkoczącym fartuszkiem, i oznajmiła wszystkim straszliwą wieść.
W jednej chwili pałac zawrzał. Służba porzuciła karty i pobiegła po schodach, a obcasy głośno stukały o kamienne stopnie. Wkrótce w maleńkiej basztowej komnacie tłoczyli się wszyscy — pokojówki, kucharki, lokaje, a nawet dworscy medycy. Medycy czynili, co tylko przyszło im do głowy, by obudzić Aurorę: skrapiali jej policzki chłodną wodą, poluzowali suknię, delikatnie klepali po dłoniach. Łaskotali ją w stopy i machali pod nosem słodko pachnącymi ziołami. Zwołali nawet wielką naradę, co począć, lecz nic nie pomagało. Aurora spała spokojnie i nieruchomo, jakby śniła tylko piękny sen.
Gdy medycy wciąż drapali się po głowach, królewski posłaniec pognał, by odszukać Króla i Królową. Król przybył w pośpiechu, z sercem ściśniętym troską. Na widok córki przypomniał sobie słowa wróżek i pojął, że to właśnie ten czar, przed którym go ostrzegały. Nikogo nie obwiniał, bo rozumiał, że pewnych rzeczy odmienić nie sposób. Z największą troskliwością rozkazał przenieść Aurorę do najokazalszej komnaty w pałacu. Tam położono ją na pięknym łożu wyszywanym złotymi i srebrnymi nićmi.
Śpiąca Aurora była prześliczna: z rumianymi policzkami i ustami różowymi jak koral. Długie rzęsy miękko spoczywały na jej licach, a cichy oddech świadczył, że nie odeszła — tylko śpi. Król nakazał wszystkim zostawić ją w spokoju i pozwolić jej odpoczywać, aż nadejdzie pora przebudzenia.
Daleko stąd, w czarodziejskim Królestwie Mataquin, Wróżka Hippolyta odwiedzała przyjaciół, gdy dotarła do niej wieść o nieszczęściu. Przyniósł ją maleńki krasnoludek w siedmiomilowych butach, który jednym susem pokonywał całe przestrzenie. Hippolyta natychmiast ruszyła z powrotem, w swym lśniącym rydwanie zaprzężonym w przyjazne smoki. Przybyła do pałacu w mgnieniu oka, a Król powitał ją u bram z nadzieją w oczach.
Hippolyta wysłuchała opowieści i skinęła łagodnie głową. Wiedziała, że gdy Aurora wreszcie się obudzi, zasmuci się okrutnie, jeśli wszyscy, których kocha, dawno odejdą. Postanowiła więc pomóc w szczególny sposób. Wzięła swą czarodziejską różdżkę i, stąpając na palcach, przeszła przez pałac, muskając wszystkich i wszystko delikatnym czarem.
Dotknęła Króla i Królową, ministrów i nauczycieli, kucharki i ogrodników, straże i paziów, a nawet najmniejszą myszkę w spiżarni. Musnęła czarem konie w stajniach, wielkie przyjazne psy na podwórzu, a także ukochanego pieska Aurory, Kruszka, oraz jej puchatego, czarno-białego kota Puszka, zwiniętego w kłębek na poduszce przy łożu.
W chwili, gdy Hippolyta ich dotknęła, wszyscy i wszystko w pałacu zapadli w głęboki, kojący sen. Kucharki przysnęły jeszcze w fartuchach, straże oparły się na włóczniach i zachrapały, a nawet ogień w kuchennym palenisku przestał trzaskać i też poszedł spać. Pałac ucichł jak sen, wyczekując dnia, w którym Królewna Aurora się przebudzi, a wszyscy razem otworzą oczy.
Na zewnątrz ogrody dziczały i bujniały zielenią, a nad krainą osiadła łagodna cisza. Lecz wewnątrz pałacu panował spokój i bezpieczeństwo, nad którymi czuwała dobra Wróżka Hippolyta, pilnując, by gdy nadejdzie pora Aurory, obudziła się w świecie pełnym miłości i śmiechu, tak jak dawniej. I tak cały pałac spał dalej, otulony czarodziejskim, łagodnym snem, czekając dnia, kiedy czar pęknie i powróci radość.
Nie wszyscy jednak w pałacu ulegli łagodnemu czarowi Wróżki Hippolyty. Był ktoś, kogo czar w ogóle nie dosięgnął — Minister Marynarki. Był to jegomość raczej śpiący, wielce przywiązany do miękkich poduszek i ciepłych pantofli, a rankami nierzadko zdarzało mu się zaspać. Tego dnia obudził się późno i popędził do pałacu, nic nie wiedząc o zaczarowanym śnie, który spowił wszystkich w środku.
Ponieważ był spóźniony, Minister postanowił przemknąć się cichcem małymi bocznymi drzwiami, licząc, że nikt nie dostrzeże jego niepunktualności. Stąpał na palcach pustymi korytarzami, spodziewając się usłyszeć zwykły tupot kroków i wesoły gwar. Lecz pałac milczał. Gdy zajrzał do swego gabinetu, ujrzał podsekretarza i wszystkich kancelistów twardo śpiących nad biurkami, z głowami opartymi na stertach papierów. Minister zamrugał ze zdumienia. Na drzemkach znał się jak mało kto, ale to bynajmniej nie była zwyczajna drzemka!
Zaciekawiony i nieco zaniepokojony, podkradł się dalej w głąb pałacu. Dokądkolwiek spojrzał, ludzie i zwierzęta spali twardo — pokojówki skulone w kątach, kucharze drzemiący przy piecach, a nawet pałacowe koty i psy wtulone w siebie, pogrążone w spokojnych snach. Z każdym krokiem rosło w nim podejrzenie: wydarzyło się coś bardzo osobliwego.
Na palcach wycofał się na zewnątrz, bacząc, by nikogo nie zbudzić, i pognał do domu. Choć zwykle był nieco gnuśny, potrafił się uwinąć, kiedy trzeba. Spisał ogłoszenia i kazał je rozlepić po całym mieście, ostrzegając wszystkich, by trzymali się z dala od pałacu. „Wewnątrz ludzie odpoczywają” — głosiły tabliczki — „z powodu rzadkiej i przejściowej Sennej Choroby.” Jednak, jak się okazało, ostrzeżenia wcale nie były potrzebne.
Bo właśnie, gdy Minister skończył swe ogłoszenia, zaczęło dziać się coś czarodziejskiego. Dokoła pałacu poczęły wyrastać drzewa — strzeliste dęby, powyginane wierzby i rozłożyste klony. Gęste krzewy i cierniste ożyny splatały się ze sobą, tkając zielony mur, który rósł coraz wyżej. Wkrótce pałac skrył się głęboko pośród dzikiego, zaczarowanego boru. Tylko same czubki najwyższych wież wyglądały ponad liście, i to ledwie z bardzo, bardzo daleka.
Ten czar był dziełem złej wróżki, tej samej, która niegdyś rzuciła klątwę na Królewnę Aurorę. Była wysoka i elegancka, o długich czarnych włosach połyskujących jak noc o północy, fioletowych oczach, w których igrały tajemnice, i ostrych, wyrazistych rysach. Miała na sobie ciemnozieloną suknię obszytą czarną koronką, a w dłoni dzierżyła srebrną laskę zwieńczoną świecącym kryształem. Jednym skinieniem laski sprawiła, że nikt — ani ciekawski człowiek, ani zbłąkane zwierzę — nie zdoła znaleźć ścieżki przez gęsty, ciernisty las, by zakłócić sen śpiącej królewny i jej przyjaciół.
Mijały lata i lata. Pałac pozostawał ukryty, otulony ciszą i snem, podczas gdy świat na zewnątrz zmieniał się i rósł. Opowieść o śpiącym zamku obrastała tajemnicą. Jedni szeptali, że straszą tam duchy. Inni powiadali, że czarownice i czarodzieje schodzą się tam, by odprawiać swoje czary. Najgłośniejsza była jednak wieść, że w środku mieszka straszliwy ogr, co porywa dzieci zapuszczające się zbyt blisko. Nikt nie śmiał się zbliżać, bo las był zbyt dziki i splątany, by dało się przejść.

Aż pewnego jasnego dnia młody Książę Florimond wybrał się z przyjaciółmi na przejażdżkę i łowy w lasach nieopodal zaczarowanego boru. Gdy popędził za jeleniem, podniósł wzrok i ujrzał ponad drzewami błyszczące w słońcu czubki zamkowych wież. Zaintrygowany zapytał towarzyszy: „Cóż to za stary zamek, ukryty w środku lasu?”
Każdy miał inną opowieść. Jedni twierdzili, że tam straszy. Inni, że to miejsce schadzek czarownic. Jeszcze inni szeptali o ogrze i jego straszliwym apetycie. Książę Florimond słuchał wszystkich, lecz nie wiedział, komu dać wiarę.
Wtem naprzód wystąpił stary wieśniak i rzekł cicho: „Wasza Wysokość, dawno temu mój ojciec powiadał mi, że w tym zamku śpi piękna królewna. Czeka od wielu, wielu lat, a pewnego dnia przybędzie książę, by ją obudzić.”
Gdy tylko Florimond usłyszał te słowa, serce napełniło mu się nadzieją i uniesieniem. Był pewien, że to jemu przeznaczono przerwać czar. Nie tracąc ani chwili, ruszył ku splątanemu borowi, postanowiwszy na własne oczy przekonać się o prawdzie i odnaleźć śpiącą królewnę.
Zeskoczył z konia; serce biło mu prędko — z emocji i odrobiny trwogi. Pobiegł ku skrajowi zaczarowanego lasu, a jego buty cicho chrzęściły w trawie. Towarzysze i dworzanie, którzy jechali z nim, nagle domyślili się, co zamierza. Zawołali: „Poczekaj! Wróć!” Lecz Florimond już pędził przed siebie, zdecydowany ujrzeć tajemniczy zamek na własne oczy.

A gdy tylko dotarł do gęstej ściany drzew i ciernistych ożyn, stało się coś czarodziejskiego. Strzeliste dęby, powichrzone wierzby, rozłożyste klony i kłujące krzewy poruszyły się. Gałęzie i pnącza rozplątywały się same, uchylając się z drogi księciu. Las otworzył się, tworząc długi, zielony tunel tylko dla niego. Przez liście igrało słońce, wskazując drogę ku zamkowi skrytemu w głębi.
Florimond obejrzał się, mając nadzieję, że przyjaciele zdołają iść za nim, lecz skoro tylko postawił stopę w liściastym tunelu, gałęzie i krzewy zwarły się za jego plecami, znów gęste i cierniste jak dawniej. Słyszał jeszcze ich głosy, wzywające go po imieniu, coraz cichsze i dalsze, aż w końcu pozostał tylko łagodny szelest liści. A jednak parł naprzód, dzielny i pełen nadziei. Był przecież księciem, a książętom odwaga przystoi.
U kresu zielonego tunelu stare mury zamkowe połyskiwały w słońcu. Florimond przestąpił śmiało naprzód, odgarniając kotary bluszczu zwisające nad bramą. Wszedł na rozległy, cichy dziedziniec. Tak było cicho, że książę na moment wstrzymał oddech. Dokoła ludzie i zwierzęta leżeli bez ruchu, jakby czas się zatrzymał. Straże w barwnych mundurach, u ich nóg skulone psy, a nawet pałacowe koty drzemiące w słońcu. Gdy jednak przyjrzał się uważniej, zobaczył, że wszyscy tylko śpią, zupełnie cali i zdrowi. Niektórzy strażnicy wciąż trzymali w dłoniach kubki, jakby przysnęli w środku zabawy.
Florimond przeszedł obok nich na palcach, by nikogo nie zbudzić. Przekroczył kolejny piękny dziedziniec, wyłożony lśniącym marmurem. Wspiął się po wspaniałych schodach i wszedł do pałacu przez ogromny portal. W środku znalazł wartownię, gdzie wszyscy żołnierze stali w szeregu z zamkniętymi oczami, lekko pochrapując. Florimond uśmiechnął się do siebie — nigdy jeszcze nie widział tylu śpiących ludzi naraz!
Błąkał się z sali do sali, a każda pełna była pań i panów w paradnych strojach, śniących smacznie i spokojnie. Jedni siedzieli, inni stali, a pewna dama zasnęła nawet w pół gestu, nalewając herbatę. Florimond ostrożnie odsunął ciężką, purpurową kotarę i zajrzał do Wielkiej Sali Rady. Przy długim stole siedział Król ze swymi doradcami — wszyscy pogrążeni w śnie. Kanclerz królewski przysnął z piórem wciąż tkwiącym w kałamarzu, a Arcybiskup drzemał, ściskając w dłoni tabakierkę. Między porzuconymi na stole okularami zwinny pajączek rozpiął lśniącą pajęczynę.
Florimond przemknął na palcach obok śpiącego króla i jego rady, bacząc, by nie spłoszyć ciszy. Wyszedł z sali i stanął u stóp wspaniałych schodów. Wspiął się po nich, a jego kroki niosły się cichym echem. Korytarzem szedł długo, aż zatrzymał się przy drzwiach, które wpadły mu w oko. Gdy je otworzył, ujrzał przepiękną komnatę kąpielową, wykładaną lśniącymi zwierciadłami. Pośrodku stała wielka, okrągła wanna wypełniona iskrzącą się wodą, która cicho bulgotała. Obok czekała miękka leżanka, a na niej świeże ręczniki i piękny strój dworski — z koronkowymi żabotami i lśniącymi atłasowymi trzewikami.
Florimond uświadomił sobie, że jest zakurzony i znużony po długiej jeździe i przeprawie przez zaczarowany bór. Uśmiechnął się na myśl, jak rozkoszna będzie kąpiel. Nie zastanawiając się dłużej, zmył z siebie kurz i przywdział wytworne ubranie, które leżało na nim jak szyte na miarę. Odświeżony i raźny, książę Florimond wziął głęboki oddech i gotów był ruszyć dalej przez zaczarowany pałac, w nadziei, że rychło odnajdzie śpiącą królewnę, którą przybył ocalić.
Czyściutki i dzielny w nowych szatach, Florimond stąpał cicho długim, złotym korytarzem. Spróbował najbliższych drzwi i te uchyliły się z lekkim skrzypnięciem. Wnętrze jaśniało pięknem; ściany połyskiwały bielą i złotem. Pośrodku stało wspaniałe łoże z baldachimem, a jego kotary były szeroko rozsunięte. Na posłaniu spała najpiękniejsza królewna, jaką Florimond kiedykolwiek widział. Wyglądała na siedemnaście, może osiemnaście wiosen; miękkie włosy rozlewały się po poduszce, a lica miała rumiane jak wiosenne kwiaty. Serce Florimonda zadrżało z zachwytu — ledwie wierzył własnym oczom.
Leżała tak spokojnie, a jej oddech był cichy jak szept. Florimond podszedł na palcach, czując uniesienie i odrobinę nieśmiałości. Ukląkł przy łożu, dłonie drżały mu lekko. Pochylił się i musnął jej usta delikatnym, czułym pocałunkiem, który jakby poruszył samo powietrze.
W tej samej chwili stało się coś czarodziejskiego. Długi czar snu zaczął topnieć jak mgła o świcie. Powoli drgnęły jej rzęsy, rozchyliły się powieki, a królewna spojrzała na Florimonda z ciepłym, łagodnym uśmiechem. Oczy błyszczały jej tak, jakby od zawsze na niego czekała.
— Czy to ty, mój książę? — wyszeptała. — Oj, długo kazałeś na siebie czekać!
Serce Florimonda wypełniło się szczęściem. Uśmiechnął się, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć, ale pewien, że kocha ją całym sercem. Królewna miała na imię Aurora — a jakby wiedziała wszystko, czego on nie umiał jeszcze ubrać w słowa. Patrzyli na siebie, czując się tak, jakby znali się od zawsze. Rozmawiali po cichu, dzieląc się marzeniami i nadziejami, a czasem tylko uśmiechali się do siebie bez słów. Zdawało się, że całe dobro i czułość świata mieszczą się w tej złotej komnacie.

A gdy Florimond i Aurora spotykali się po raz pierwszy, w całym zamku działy się rzeczy cudowne. Czar podnosił się wszędzie! W Sali Rady król zamrugał, ocknął się i poprosił kanclerza, by raz jeszcze odczytał ostatnie zdanie — tylko tym razem nieco wyraźniej. Kanclerz, wciąż zaspany, zanurzył pióro w kałamarzu, ale atrament okazał się suchy jak wiór. Arcybiskup, sięgając po tabakierkę, kichnął tak gromko, że wszystkie zegary w pałacu zaczęły bić naraz, usiłując nadrobić wszystkie przespane godziny.
Na dole, w pałacowych kuchniach, psy zaszczekały i zaczęły gonić własne ogony, drzwi to z hukiem się otwierały, to z trzaskiem zamykały, a papuga królewny darła się w klatce, na co z zalanego słońcem tarasu odkrzykiwały pawie. Minister Rolnictwa, zapomniawszy o ogładzie, złożył dłonie w trąbkę i przez stół zawołał: — Wasza Królewska Mość, czy moglibyśmy już zasiąść do wieczerzy? — Wszyscy byli przegłodzeni po tej długiej, zaczarowanej drzemce!
Nawet Królowa, która zasnęła w połowie rozmowy ze swymi damami o najwłaściwszym odcieniu dworskiej żałoby, wreszcie się ocknęła i posłała do królewny wiadomość. Oznajmiła, że jest bardzo głodna i że za jej młodu królewny zaraz po przebudzeniu z czarów natychmiast przychodziły przywitać się z rodzicami.
Florimond, pamiętając o dobrych manierach, pomógł królewnie Aurorze wstać. Była już przybrana w lśniącą suknię, we wszystkim jak najprawdziwsza królewna. Ręka w rękę zeszli po wspaniałych schodach do wielkiej sali, gdzie Król i Królowa czekali z otwartymi ramionami. Uściskali Aurorę serdecznie, szczęśliwi, że widzą ją przebudzoną i całą. Potem zwrócili się do Florimonda, przyjęli go ciepło i dziękowali za odwagę oraz dobroć.
Wkrótce wszyscy udali się do pałacowej jadalni, wyłożonej lśniącymi zwierciadłami. Stoły uginały się od smakołyków, a królewscy muzykanci wygrywali słodkie melodie na skrzypcach i fletach. Cały pałac napełnił się śmiechem i radością, jakby znów nastała wiosna. A gdy wszyscy kończyli już posiłek, miała się zdarzyć cudowna niespodzianka — taka, co uczyni ten czarowny dzień jeszcze bardziej niezwykłym.
Wśród tej muzyki i śmiechu książę Florimond nie dostrzegał niemal nic prócz jasnego uśmiechu Aurory. Tak był szczęśliwy, że zupełnie zapomniał o towarzyszach i dworzanach, którzy mu towarzyszyli, a nawet o własnych rodzicach, którzy pewnie już bardzo się niepokoili. Lecz król — ojciec Aurory — był mądry i przezorny. Wiedział, że wszystkim będzie lżej, jeśli rodzina księcia Florimonda prędko usłyszy dobre wieści.
Dlatego jeszcze przed wieczerzą król kazał stawić się najszybszemu gońcowi. — Jedź co koń wyskoczy — rzekł — i powiedz ojcu księcia Florimonda, że jego syn jest cały i szczęśliwy, i że zaszła tu przygoda wspaniała. Goniec ruszył pędem, a gdy mknął przez zaczarowany bór, gęste konary i ciernie rozsuwały się przed nim, tak jak niegdyś przed Florimondem. Wkrótce dotarł na skraj lasu, gdzie drużyna poszukiwawcza daremnie szukała przejścia. Pośród nich stał ojciec Florimonda — stary król — naprawdę bardzo strapiony.
Gdy goniec przekazał mu radosną nowinę, w oczach starego króla błysnęły łzy ulgi. — Mój syn jest bezpieczny! — zawołał. — Proszę, zaprowadź mnie do niego natychmiast! Goniec ruszył przodem, a zaczarowany las rozstępował się przed nimi, pozwalając królowi przejechać bez trudu. Wreszcie dotarli do pałacu, gdzie przyjęto go z ciepłymi uśmiechami i łagodnymi słowami.
Dwaj królowie spotkali się w wielkiej sali, obaj nieco onieśmieleni, lecz szczerze radzi ze swego widoku. Uścisnęli sobie dłonie i zasiedli obok siebie na tronach, spoglądając, jak ich dzieci śmieją się i rozmawiają. Stary król, ojciec Florimonda, odezwał się pierwszy: — Jestem już człowiekiem starym. Wiele lat sprawowałem rządy, a teraz pragnę tylko jednego — widzieć mego syna szczęśliwym.
Ojciec Aurory uśmiechnął się i skinął głową. — Myślę, że możemy sobie to przyrzec — odparł, zerkając na dwoje młodych, tak szczęśliwych we własnym towarzystwie. — Najważniejsze, że nasze dzieci są całe i radosne.
Dwaj królowie zgodzili się, że nadszedł czas nowych początków. Tam, na miejscu, postanowili, że książę Florimond i królewna Aurora powinni się pobrać i wspólnie panować, niosąc szczęście obu królestwom.
Po wieczerzy pałac aż wrzał z podniecenia. Arcybiskup, któremu wreszcie przeszła kichawka, przygotował kaplicę do pięknego ślubu. Królowa pomagała Aurorze z lśniącą suknią, a pierwsza dama dworu roztrzepała poduszki i zaciągnęła kotary w królewskiej komnacie.
Ślub był czarowny. Królewscy muzykanci wygrywali łagodne melodie, a cały pałac zgromadził się, by patrzeć, jak książę Florimond i królewna Aurora przyrzekają sobie miłość i opiekę po wsze czasy. Dwaj królowie i królowa stali dumnie obok, a ich oczy lśniły szczęściem.
Gdy za oknami migotały gwiazdy, nowożeńców odprowadzono do przytulnej komnaty, gdzie jeszcze długo tej nocy rozmawiali i śmiali się. Aurorze zdawało się, że wciąż śni, lecz był to sen najszczęśliwszy ze wszystkich.
Nazajutrz książę Florimond ujął Aurorę za rękę i razem wyszli w jasny blask słońca. Mieszkańcy miasta wiwatowali i machali, szczęśliwi, że ich królewna przebudziła się i promienieje, i że mogą powitać dzielnego, nowego księcia. Od tej pory książę Florimond i królewna Aurora rządzili z dobrocią i mądrością, a całe królestwo napełniło się pokojem i śmiechem.
A choć wspomnienie złej wróżki — wysokiej i wytwornej, o długich czarnych włosach, fiołkowych oczach i ostrym, tajemniczym uśmiechu — nadal pobrzmiewało w opowieściach, wszyscy wiedzieli, że miłość i odwaga wreszcie przełamały jej czar. Wróżka, w ciemnozielonej sukni z czarną koronką i ze srebrną laską zwieńczoną lśniącym kryształem, nigdy więcej nie pojawiła się w królestwie.
I tak książę Florimond i królewna Aurora żyli długo i szczęśliwie, otoczeni przyjaciółmi, rodziną i całą łagodną magią miłości, której nic nie zdoła złamać. A ilekroć słońce wpadało przez pałacowe okna, zdawało się tańczyć z radości — tak samo jak serca wszystkich mieszkańców.

Koniec.
