Tymek był żywym, pełnym energii i ciekawości chłopcem. Uwielbiał budować wieże z kolorowych klocków, pędzić samochodzikami po podłodze w salonie i rysować szalone, barwne obrazki, które potrafiły zapełnić każdy skrawek kartki. Ale Tymek miał jeden mały problem: czasem złość brała nad nim górę.

Pewnego słonecznego popołudnia Tymek siedział na dywanie, a przed nim sterczał stos klocków sięgający mu niemal do łokci. Ostrożnie kładł czerwony klocek na niebieskim, gdy nagle... TRACH! Wieża zachwiała się i runęła na podłogę.
„NIEEE!” — krzyknął Tymek, a jego twarz zrobiła się czerwona. Kopnął przewrócone klocki i zaczął walić pięściami w dywan.
„Tymku!” — zawołała mama z kuchni. „Co się stało, kochanie?”
„Moja wieża! Zawaliła się!” — wrzasnął Tymek, a w jego oczach zaszkliły się łzy. „Zbudowałem ją, a teraz wszystko przepadło!”
Mama podeszła i uklękła obok niego. „Rozumiem. To może być bardzo frustrujące. Napracowałeś się, a teraz tego nie ma.” Uśmiechnęła się łagodnie. „Ale rozwalanie nie pomoże. Weźmy razem głęboki oddech, dobrze?”
Tymek skrzyżował ręce i zmarszczył brwi. „Nie mogę! Jestem za bardzo zły!”
W drzwiach pojawił się tata, trzymając zabawkowy samolot. „Hej, mistrzu,” powiedział spokojnie, „czasem sprawy nie idą po naszej myśli. I to jest w porządku. Gdy czujemy złość, warto się zatrzymać i zadbać o siebie.”

„Ale ja nie chcę się zatrzymywać! CHCĘ, ŻEBY TO BYŁO NAPRAWIONE NATYCHMIAST!” — tupnął nogą Tymek.
Chwycił największy czerwony klocek i cisnął nim przez pokój. Głośny huk sprawił, że aż drgnął, ale nie przestał. Zabawki leżały porozrzucane, a w powietrzu aż buzowało od frustracji.
Mama wzięła powolny oddech i usiadła obok niego na podłodze. „Tymku, wiem, że to bardzo trudne. Chcesz spróbować czegoś?”
Tymek spojrzał na nią spode łba, wciąż dysząc szybko. „Chyba tak...”
„Dobrze,” powiedziała mama. „Zacznijmy od liczenia. Razem.” Wyciągnęła przed siebie dłonie. „Jeden... dwa... trzy... cztery... pięć... sześć... siedem... osiem... dziewięć... dziesięć.”

Tymek próbował powtarzać za nią, ale w połowie wykrzyknął: „Jeszcze nie jestem gotowy!”
„W porządku,” odparł tata. „Spróbujmy inaczej. Zamknij oczy i wyobraź sobie swoją złość jako jaskrawoczerwony balon. Teraz, powoli wypuszczaj go oddechem i patrz, jak odpływa, unosi się coraz wyżej.”
Tymek zawahał się. Potem wziął drżący oddech. W myślach zobaczył duży, okrągły balon wypełniony jego frustracją. Powoli, powoli pozwalał mu unosić się w górę, czując, jak robi mu się odrobinę lżej.
„Świetna robota,” pochwaliła mama. „A teraz znajdźmy bezpieczny sposób, żeby wypuścić złość. Możesz uderzać w tę miękką poduszkę albo nabazgrać złość na kartce.”

Tymek złapał poduszkę i kilka razy lekko w nią pacnął, potem zaczął rysować zygzaki i poszarpane linie na kartce. Wciąż był zły, ale jakoś łatwiej mu się oddychało.
Gdy złość zaczęła słabnąć, Tymek spojrzał na porozrzucane klocki. Skrzywił się, lecz po chwili wpadł na pomysł. „Zbuduję ją jeszcze raz! I tym razem zrobię ją mocniejszą!”
Tata pomógł mu posegregować klocki kolorami. Mama zagrzewała go do pracy: „Podoba mi się, że szukasz rozwiązania, zamiast się poddawać. To bardzo odważne, Tymku.”

Po trochu, klocek po klocku, wieża znów rosła. Nie była idealna, ale stała dumnie, a twarz Tymka rozjaśniła duma.
„Widzisz,” powiedziała mama, „można naprawić coś, nawet jeśli upadnie. I zobacz, jaki jesteś teraz spokojny. Świetnie poradziłeś sobie ze złością.”
„Udało mi się,” odparł Tymek, przytulając się do mamy. „Tym razem nie krzyczałem tak bardzo.”
Następnego dnia w przedszkolu czekała go podobna próba. Na zajęciach plastycznych próbował przykleić do ściany papierowy samolot. Klej nie chciał trzymać i samolot spadł. Przez moment Tymek poczuł, jak złość znów w nim rośnie.
Wtedy przypomniał sobie o ćwiczeniu z balonem. Zamknął oczy i wyobraził sobie, jak czerwony balon odpływa. Wziął głęboki oddech i spróbował jeszcze raz, tym razem prosząc Mię o pomoc.

Mia uśmiechnęła się. „Zrobimy to razem!”
Tymek odwzajemnił uśmiech. „Dobrze.” Razem przykleili samolot i tym razem się trzymał.

Pod koniec tygodnia Tymek zauważył w sobie wielką zmianę. Gdy coś szło nie tak, nie krzyczał i nie rzucał zabawkami. Zatrzymywał się na moment, myślał o swoim balonie, brał kilka głębokich oddechów i szukał sposobu, by rozwiązać kłopot.
Pewnego wieczoru, kiedy siedział przy stole z rodzicami i kolorował nowy obrazek, powiedział z dumą: „Podoba mi się, jak dziś poradziłem sobie ze złością.”
Mama pocałowała go w czoło. „Jestem z ciebie bardzo dumna, Tymku. Nauczyłeś się, że czuć złość to nic złego, ale ważne jest też, żeby się uspokoić i pomyśleć.”

„A czasem,” dodał tata, „poproszenie o pomoc albo znalezienie bezpiecznego sposobu na wyrażenie uczuć sprawia, że wszystko staje się łatwiejsze.”
Tymek skinął głową, przytulając misia. Poczuł ciepło, radość i spokój. Tej nocy zasnął z uśmiechem, wiedząc, że nawet jeśli znów straci panowanie nad sobą, ma już sposób, by sobie z tym poradzić.
Morał Czasem złość i frustracja wydają się za wielkie dla małych serc. Ale dzięki cierpliwości, ćwiczeniom i wsparciu bliskich takie dzieci jak Tymek mogą nauczyć się uspokajać, bezpiecznie wyrażać swoje uczucia i rozwiązywać problemy — nawet wtedy, gdy sprawy nie idą po ich myśli.
Dalszy ciąg opowieści:
